profos blog

Twój nowy blog

Oddech lekki jak rosy dźwięku błysk. Wśród kołysania wiatru cienia brzmiący krok, co utknął w plamie wschodzących barw osuszonych planem cięć. Słońca świt, jak zmierzchu rosy spływającej na usta rozkosznych smug. Nóg splot, pomiędzy głaskającymi gałęziami słów. Ścieżka barw, ponętnych zdarzeń kwitnących chwil. Aż znów na ekranie excel rozwinie krętą nitką ciągi liczb…

Niech zbudzi radość drżenia łyk, co lekiem kołysze znaczenia moc, spływając łoskotem rozkoszy oderwania mosiężnej pokrywy lęk. Ptak skrzydła rozpościera szlak, jak człowieka wzrok, co błądząc źrenicami uwagi kociego spojrzenia, skupia snop świadomości w natręctwach korytarzy bliskich…

Tarcza odmierza odruchy bezwolnie, kołysząc obrotem się znów. Słońce wybrzmiewa, ponownie wybornie, rysując swój pryzmat, tak tuż. Klosz cyferblatu wibruje od wschodu, ścierając wskazówek swój kurz. Zetknie się oddech nad morzem spokojnym, gdy wzrok zacznie tańczyć wśród burz.

Tak gorąc drga, wśród kołysek warg rosy tańczącej. I widmo dnia, wzbudza krawędź tej trawy rosnącej. Umknąwszy czas, gdzieś zastygnął w przestrzeni kojącej. Sylwetki kształt, tak w Zapachu omdlewa rozkosznym. Dlon ciepła dotykiem smaga uważnym. Jak piękno porannych flag.

Krople sieci owładnęły powierzchnię zamkniętą. Rysują obłe kształty, zastygłe w spoinie menisku wypukłego, przeszywane snopami bladych odbić światła rzucanego. Szelest kołysze trawiastymi zgrubieniami podłoża, nadeptywanego ze świstem poniewieranej, chłodziwem powiewu, drogi. Szyba uchyla się niespiesznie. Krople rozbiegają się nieznacznie, tańcząc w spirali błogiego świętowania wolności. Odlepiwszy się na moment, na ułamek ich wyczucia ciszy, zapadły w bęben naznaczonych zdarzeń. Wpadły nań. Zewsząd kołysząc materię w sobie skupioną. Rozbiły się, tryskając drobinami mniejszymi, które w poczuciu konieczności udzielonego bodźca, lepią się do konstrukcji w ostatnim porywie istnienia. Aż spłyną, w uśmiechu złamanych krawędzi światła zanurzą swój poczet. Aż wystygną, ulecą między bezkresne szmery barw i palący w księżycu nonsens.

Rozwidlone skrzydła, w potoku dźwięków szeleszczących ruchem gałęzi przybranych, trzepocą wśród konarów pochylonych zwierzeń. Spiętrza się myśl zaniku, gdy pośród okoliczności skupionej energii posłania, wśród kwiatów falujących rozmową żywotności jej treści, rozproszona zapiera się niewinnością otchłani objętej pustką. Szepczący szum orędzia, zakłócając wielkość potęgi znaczeń obolałych, płynie suchym traktem, raniąc ramiona nieprzejednania o krawędzie spokoju w natchnieniu niemego uścisku. I jak krople, z podziwu łoskotem padające, w zadumie rozbłysku,  plączą się śladami pełnego zdumienia, gdy strumykami bezładnymi okalają świadomość w upojnym zarysie ukrwienia poznania, aż z dumą jaśniejącego blasku konwekcji śpiewają w uniesieniu prawdy zastygając w pięknie istnienia; w ziemi!

Gdy urywa się grań śliska, kiedy ściana wysokim błękitem obstaje, bardzo uważaj. Nie deliberuj w bezkresnej niemocy swoich wyobrażeń, nie mów niczego, gdyż i prawda mieczem skutecznym być potrafi, nie broń się, gdyż rozjuszasz ideał tragicznym spiętrzeniem. Nie szepcz słów za wielu, niech usta nie otworzą się na wyraz jeden. Nie urywaj liści skąpanych w rosie z zielonego drzewa, gdyż kamień jeszcze mocniej śliski się stanie. Nie zagłębiaj dłoni w ciepłej ziemi, gdyż ona cię pochłonąć w głębinę potrafi. Nic nie mów, w ciszy skup uwagę i powstań w przestrzeni istnienia. Gdyż ten błąd będzie cię kosztował najwięcej w godzinie próby. Ta pomyłka, to utrata gruntu pod nogami i upadek, bolesne kalectwo przestrzeni. I paląca ziemia, kiedy stopy płomieniem objąwszy, obraz prawdziwy w nieprawy przekształca.

A lecący ku tobie kamień nienawiści, z ostrych krawędzi treści obsypany, wytyczy jedynie kształtu cień poruszenia, gdy kropla płynąca z upadającego piedestału, rozpłynie się w jezioro źródlane dla roślin, które z niewinnego rezerwuaru rozkwitną w postaci piękniejszej. W kształcie, który zrozumienie bliższe zapewni w odbiorze, choćby to tysiące postawnych istnień powaliło.

Poranki..

Brak komentarzy

Głaszczą płatki światła delikatnie, dotykają łodygi ciepłe w łoskocie radosnym, prześlizgują się kwiaty myśli po ścieżce tętniącej ziemi, spacerują otwarte ogrody energii w świadomości zapachów ich palącego zdumienia i podziwu.
I oddech rytm wybija falą spokojną, co szumem źrenicy przymkniętej oddaje światu smak budzącego się życia. Krocząc powolnym ruchem ku ożywieniu, posłańca snu odganiając żarliwym oplotem słońca, nogi niespiesznie ślizgają się poza granice przestrzeni, odkrytej w otulinie nocy, gdzie palcami zaciska się stopa drażniona wilgotnym porankiem hałasujących istot.
I śpiew życia naokoło goni, przed trzepoczącymi krokami wyrytymi na trotuarze zdarzeń, sypiąc kurzem pobudzonych do ruchu cieni dotychczas uśpionych. Szare krawędzie, deszczem gładzone w oczekiwaniu słodkości, piętrząc się w szaleńczym tańcu gorącego tętnienia, wypełniają się kolorami tysięcy pigmentów radosnych.

Składnia, pod ciężarem wspaniałych doznań, ugina się strzałką napiętą, w paroksyzmie gzymsu beztroskiego, delikatnie przygryzając rzeczywistość szkwałem orzeźwiającego doznania przebudzonej duszy.

Energia wypełnia obraz skrzyżowanych, wirujących i przenikających się płaszczyzn obserwacji, zalewając każdy jej fragment wolą widzialnej rzeczywistości.

W tubie źrenicy białej plamy, co gwałtownością barw się ukręca pysznie, tęsknota przymiera dotyku brakiem, łka zieleń skoszonej rozkoszy, wyje zew kropli spływającej z czoła beztroski. Działa wspaniałości, milknąc w bodźcach subtelnego omdlenia dłoni, napinając skórę pieszczotą przytulonej materii, kołyszą Istoty tchnieniem, gdy wyciskają zeń gwałtowność energii drżącej płaszczyzną brzęczącej stali jej źródła poznania.

Par kres chłodu i zimna, jak ducha mezalians z materią odłącznie, w świeżości burzy się poczynają rozłącznie kształtować. Co Uśmiech, stąpający w szyku niebiańskiego podskoku, przyjemnym powiewem nabrzmiałej mocy się osłania.

Doświadczenie w oczach staje, niczym fakt, drażniącym spojrzeniem patrzący. Zdradzi ten sekret duszy nuta, której łaknienie szerokim talerzem spełnienia, przed źrenicami szeroko otwartymi, rozlewa się delikatną struną pulsującej i rozemocjonowanej energii przestrzeni.

Cóż tę trudność wskaże, tańcem na krawędzi linii życia, igrając z zapisem szyfrogramu zdarzeń, który wystukuje w bezzębną kotwę, lukę koła zębatego ramy, napierając na dźwignię zapadni, dla rozkosznego poznania, w chwili olśnienia w szczycie eksplozji pochłanianych smaków.

Wypoczną góry wyniesione nadmiernie, co strojone pasmami sukna niebiańskiego, wyruszają dolinami ścieżek w sukurs ich odnowy. Zapach spływa pięknem strąconego wierzchu, jak jeździec w walce przed upadkiem trąca. Toć duszy niezwykłość, w kaprysie poczęć zaklęty, niczym pień silny z ziarna się pojawia.

Jak ten sen otuli, zmysły w ukojeniu zastygną stargane przyprawą boleści, gdy podpora zrozumienia pęka w codziennej gonitwie, aby potencjał historii wzrósł w lesie kwitnących prawd wewnętrznej spójności. Tam gdzie cierpienie jest samą radością, tam gdzie odchodzenie tchnienia jest spoiwem wiecznego dusz spoiwa. Tam bukszpan promiennej zmiany, co kurz z zapachem zachwytu mieszając, zaprasza do ogrodu pachnącego zrozumienia i harmonii.

 

 

Zamglone powietrze, zasłoną dymną punktu jasnego stojące, przemieszczając się za klamrą blasku zanikających cech przestrzeni, wiruje w takt tunelu ciągnącego się wiotką nicią skrzeczącej bieli. Tak parametry goniące, zmieniającej się nieustannie wyjściowo-wejściowej konfiguracji natchnienia, stygną w ruchach powolnego omdlenia nadwyrężonego kręgu pękniętej podstawy w gasnącym takcie eksplozji zmian pachnącej energii zmysłów.

Gdy książek ciężar przeminie, pokątnie ogonkami znaków spływając, zatartym łożyskiem niespodzianki, ślizga się drętwym cieniem order chwały zakuty w twardych okuciach. Toć i mgła między wierszami, zaślepiona błyskiem chełpliwej myśli, tocząc ciału kęsy zerwanego łańcucha, smakuje klęską, w blasku źrenic umysłu kotary paląc ciemniejącym stanem.

Krąg kamieni, ruchliwych w podmuchu gryzącego pyłu, wstrzeliwszy się w rogi wyfrezowanych krawędzi, pełzając w czerni otchłani, pędzi wystrzelonym pociskiem przestrzeni krawędzi. Słońce zgasło, zstępując promieniami zgniłego strachu, co w umyśle rezonans ciałem generuje. I unosząc tarcie w nieznane oprawy, co macierzą kolumn w wierszach się odznacza, gwałtowność śladów w teraźniejszości począc snopy raczy, by w donośnych uderzeniach nierówności drogi, wśród burzy koron złowrogiego zamku, cisza w strachu ukojeniem rosła.

I szept drogi z oddali pomstuje, gdy biel pędząca las ten tak ćwiartuje! Ach, jak dynamika ciałem porusza, co z pulpitu rozstąpienia ruchomego poznania, w strefie obaw przestrzeni nieznanej, za urwiskami zaślepionych uliczek nieskończoność kreśli!


  • RSS